Stephen

Wiele czytałem i słyszałem (głównie złego) o „Stukostrachach” Stephena Kinga i na podstawie tych opinii stworzyłem sobie obraz powieści fatalnej, czarnej owcy w dorobku „króla”, utworu, który wyjątkowo mu się nie udał. Kierowany tą myślą wielokrotnie odkładałem książkę na później, aż w końcu nastał ten dzień, gdy powiedziałem: „Basta, czas złapać byka za rogi”. Z drugiej strony czego spodziewać się po powieści, o której sam autor wypowiada się (delikatnie mówiąc) niezbyt chwalebnie. Jak sam King przyznaje w wywiadzie dla Rolling Stone: „Stukostrachy to okropna książka, ostatnia, którą napisałem zanim uporałem się ze swoimi problemami”. W swej wypowiedzi nawiązał oczywiście do wieloletniego uzależnienia od alkoholu i narkotyków, za sprawą których ucierpiała także jakość jego pisarstwa.

Przystąpiłem zatem do lektury. Przeczytałem kilka pierwszych stron, później kilkanaście i kilkadziesiąt, a po przerzuceniu każdej kolejnej kartki zachodziłem w głowę „O co wam chodzi, wam, którzy tak po niej jedziecie? Przecież ta książka jest fenomenalna!”. Świetnie zarysowani główni bohaterowie, ich problemy, radości. Wszystko przedstawione tak dobrze, że nie sposób uczepić się choćby jednej rzeczy. Z takim nastawienie dotrwałem do drugiej części powieści. I tu zaczęły się schody. Choć początek powieści jest dość leniwy, to czytelnik smakuje każdą podaną przez autora informację, delektuje się nią. W dwóch słowach – otrzymuje kwintesencję twórczości Stephena Kinga. Zaś druga część wprowadza nadspodziewaną liczbę nowych bohaterów, który aż zasypują nas swoimi codziennymi sprawami, które tak po prawdzie nie specjalnie nas interesują, no może poza perypetiami pani konstabl (ją polubiłem). Cała reszta… niech ich szlag. Trzecia część oraz zakończenie „Stukostrachów” to już zupełnie nie moja bajka. Niby jest tu kilka ciekawych zagrywek, jednakże giną one na tle całości. Właściwie gdyby nie to, co ostatecznie spotyka mieszkańców Haven, nie miałbym czego wspominać.

Czytaj więcej

IMAG0474Kiedy, po przeczytaniu „Przebudzenia”, odłożyłem książkę na bok, a moja wspaniała żoneczka zapytała: „I co?” – zwykła to robić niemal zawsze po skończonej przeze mnie lekturze – pierwszą moją reakcją był… brak reakcji. Choć właściwie nie można też do końca tak powiedzieć, bo to, że zaniemówiłem, jest chyba jakimś rodzajem odpowiedzi. Ale prawdę mówiąc, stałem na środku pokoju i wpatrywałem się w nią, nie wiedząc co powiedzieć. Serce mi łomotało, pod czaszką kłębiło się setki myśli, a ja milczałem. Nie wiem czy to dobrze, czy źle? Chyba Wam samym będzie to ocenić. Czytaj więcej

Po-zachodzie-sloncaNie lubię, nie lubię i jeszcze raz nie lubię Stephena Kinga w krótkiej formie. Dlaczego? Odpowiedź jest niezwykle prosta, a mianowicie: uwielbiam go za dłuuugą, rozwleczoooną i pełną detali fabułę. Opowiadania mi tego nie dostarczają. Ale skoro wpadł mi w ręce zbiór krótkich tekstów Króla horroru, to grzechem byłoby go nie przeczytać. Tak więc pochłonąłem „Po zachodzie słońca” i… naprawdę, nie było tak źle 🙂

Po przeczytaniu prawie pięciuset stron, a następnie zostawieniu sobie trochę czasu na refleksje wróciłem do spisu treści, a tam niespodzianka. Przejrzałem spis kilkakrotnie, zastanawiając się nad niektórymi tytułami: czy ja naprawdę przeczytałem takie opowiadanie? No tak, ale o czym to było? Mam na myśli, przede wszystkim „Dzień rozdania świadectw”, „Kot z piekła rodem” i „Ayana”. Broń Boże, nie uważam, że te opowiadania są złe. Może to problem z moją pamięcią, bo nie pamiętałem o czym były. Musiałbym zajrzeć do nich jeszcze raz, ale nie w tym rzecz. Dokładnie odwrotnie jest z tekstami „Piernikowa dziewczyna”, „Sen Harveya”, „N.” oraz „Bardzo trudne położenie”. I teraz, wymieniając te cztery opowiadania, wcale nie uważam, że są najlepsze, one po prostu, z jakiegoś powodu, utkwiły mi w pamięci. Czytaj więcej

Zielona-milaWidzieliście film pod tym samym tytułem z Tomem Hanksem i Michaelem Duncanem w rolach głównych? No jasne, że widzieliście. O co ja Was w ogóle pytam. Chyba wszyscy go widzieli… Majstersztyk, prawda? W mojej opinii na pewno. To samo tyczy się książki Stephena Kinga. Jest po prostu świetna (jakoś inne słowo nie chciało mi przyjść do głowy).
Zapytałem początkowo o film, gdyż czytając powieść byłem już po wielokrotnym wcześniejszym obejrzeniu jej ekranizacji przez co, do każdej sceny, każdego słowa i każdego wątku miałem przed oczami fragmenty z filmowym Paulem Edgecombem i Johnem Coffeyem (którego nazwisko brzmi jak napój, tylko inaczej się pisze).
Pomiędzy książką, a filmem nie znalazłem żadnych rozbieżności, ale powieść, jak zwykle, dostarczyła kilka dodatkowych odpowiedzi, których nie odnalazłem w filmie.
Powiem tak, czytanie po oglądaniu nie należy do moich ulubionych dyscyplin sportowych, znacznie bardziej odpowiada mi odwrotna kolejność. Ale nie było innego wyjścia. Podobną praktykę odbyłem już z „Lśnieniem”, ale to już całkiem inna historia…
Jeśli chodzi o „Zieloną Milę”, jest to powieść, którą każdy fan Stephena Kinga powinien… co ja mówię, MUSI przeczytać. Ale co więcej, jest to też idealna pozycja dla kogoś, kto nie zdołał zapoznać się jeszcze z twórczością tego autora. I mimo, iż nie doświadczyłem w niej typowego dla „Lśnienia”, „Ręki mistrza” czy „Sklepiku z marzeniami” horroru daję jej 8/10.

Facebook

Wywiady

Archiwalne wpisy