car-872265_1920SYNOWIE

Zima powoli dobiega końca, a ja w tym ogromnym domu jestem wciąż sama, schorowana i bezsilna. Moich chłopców nie ma przy mnie już od kilku miesięcy, ale nim pozwoliłam na to, by odeszli w obecności tego milicjanta, zdążyli o mnie odpowiednio zadbać. Cóż począć? Narozrabiali, a ja nie miałam żadnych argumentów, aby mogli zostać ze mną choć jeden dzień dłużej.

Wszystko zaczęło się w pewne listopadowe popołudnie, kiedy okolicę spowiła gruba warstwa świeżo nasypanego śniegu. Kiepsko już z moją pamięcią, ale jak sobie dobrze przypominam to chyba był piątek. Tak, to musiał być piątek, gdyż właśnie w te dni chłopcy wybierali się na wiejskie dancingi, a wtedy jednogłośnie postanowili, że nigdzie nie idą. Dało mi to do myślenia, ponieważ nigdy dotychczas nie uwzględniali takiego scenariusza, by nie wybrać się na tańce do remizy. Choćby na dworze było oberwanie chmury, czy inny kataklizm, to i tak ich nie powstrzymywało. Tego dnia naszła mnie krzepiąca myśl (lecz nie byłam jakoś silnie do niej przekonana), że może ci moi chłopcy w końcu dojrzeli do podejmowania dorosłych decyzji.

Choć cały czas mówię o nich chłopcy, to oczywiście mam na myśli moich synów, Damiana i Patryka, trzydziesto- i dwudziestodziewięciolatka. Wciąż byli kawalerami, mimo że dziewczyny ganiały za nimi jak oszalałe. Bawili się w różne sympatie, ale przywykłam do myśli, że nazbyt szybko babcią nie zostanę. Zakochiwali się i odkochiwali częściej niż przygotowywałam im żur na obiad.

W to piątkowe popołudnie, kiedy zajęli się już wszystkimi zaplanowanymi robotami wokół domu, oznajmili, że muszą jechać z samochodem do mechanika. Powiedzieli nawet z czym mają problem, ale brzmiało to dla mnie jak czarna magia, więc puściłam informację mimo uszu. Najważniejsze, że nanieśli drewna do piwnicy, ogarnęli podwórze przed sobotą i niedzielą (nazajutrz po piątkowych harcach miałam z nich mizerny pożytek) i posprzątali po obiedzie. Wskoczyli do stojącego pod wiatą czerwonego samochodu – jakkolwiek się nazywał – i zostawiając za sobą tuman kurzu, ruszyli przed siebie, wydzierając się z otwartych okien, niczym kowboje w filmach o Dzikim Zachodzie. Stojąc na drewnianym tarasie, z narzuconym na siebie ciepłym kożuchem, pokręciłam głową i uśmiechnęłam się.

– Uważajcie na siebie – wyszeptałam. Robiłam tak za każdym razem, gdy gdzieś się wybierali czy to samochodem, czy pieszo.

Kiedy zniknęli w lesie tuż za zakrętem, wróciłam do domu. Zeszłam do piwnicy, by dołożyć do pieca, ale nim do niego dotarłam, zrozumiałam, że Patryk albo Damian wrzucił tyle opału, iż w stojącej przede mną metalowej konstrukcji aż huczało. Kochałam ich za właśnie takie nieoczekiwane gesty – pewnie nic dla nich nieznaczące, ale sprawiające, że robiło mi się ciepło na sercu, a duma wypełniała mnie po granice mojej cielesności.

Zaparzyłam sobie kawy i, nałożywszy na niewielki talerzyk kilka ciasteczek, zasiadłam przed telewizorem – dużą kineskopową bryłą, która wyświetlała czarno-biały obraz. Na ekranie pojawił się aktor, którego znałam już bardzo dobrze. Dziś miał zająć się kolejną misternie uplecioną intrygą, choć powszechnie wiadomym było, że pod koniec odcinka poradzi sobie z nią zawodowo, niczym Sherlock Holmes. Upiłam łyk kawy i nadgryzłam ciastko, z każdą chwilą wciągając się w filmową rozgrywkę.

Nim seans dobiegł końca, usłyszałam niepokojące hałasy dobiegające sprzed domu. Podeszłam do telewizora i wyłączyłam głos. Na dworze ktoś prowadził ostrą dyskusję, a ja nie musiałam długo zastanawiać się nad tym, kim są rozmówcy. Stanęłam za przeszklonymi drzwiami i patrzyłam na moich synów, rozprawiających nad jakimś niezwykle angażującym ich tematem. Z kontekstu zrozumiałam, że kłócili się o to, który z nich ma mi powiedzieć o czymś, czego ostatecznie i tak się wtedy nie dowiedziałam.

– Dlaczego nie wchodzicie? – zapytałam, uchylając drzwi, sama chowając się za nimi, aby nie przeziębić swoich już i tak nadszarpniętych korzonków.

Chłopcy spojrzeli na mnie zaskoczeni niespodziewanym pytaniem. Trwali tak przez chwilę i ponownie rzucili okiem na siebie nawzajem. Wzruszyli ramionami po czym wgramolili się do środka, wnosząc na butach i płaszczach sporo białego puchu.

– Mogliście otrzepać się na ganku – stwierdziłam ostro, ale oni tylko uśmiechnęli się do mnie. Prasnęłam każdego w ramię i dodałam: – Dobrze, rozpłaszczcie się teraz, a ja przygotuję wam gorącej herbaty. Musieliście zmarznąć.

Nim dotarłam do kuchni, zastanowiła mnie jedna rzecz. Wróciłam jeszcze raz do drzwi i wyjrzałam przez okno na podwórze.

– A gdzie macie samochód? – zapytałam zaskoczona jego brakiem czy to przed gankiem, czy pod wiatą, która świeciła teraz pustkami.

– Musieliśmy go zostawić – odparł Damian, otrzepując z włosów śnieg.

– To jak wyście wrócili?

– Normalnie – odpowiedział niewzruszony moją troską Patryk.

Zrozumiałam, że niczego więcej się nie dowiem, choć ta sprawa zaczęła wyglądać bardzo podejrzanie. Nie układało mi się to w logiczną całość. Przede wszystkim do Adama, mechanika, do którego jechali z samochodem, mieliśmy niespełna siedem kilometrów, skąd – jak zauważyłam – wrócili piechotą. Mógł ich ktoś oczywiście powieźć, ale ilość śniegu jaką ze sobą przytargali świadczyła raczej o tym, że pierwszy wariant jest bardziej wiarygodny. Nie było możliwym, aby zdołali dostarczyć samochód, wytłumaczyć w czym leży problem i wrócić do domu w niespełna czterdzieści minut, bo najwyżej tyle czasu ich nie było. Zostawiłam jednak te przemyślenia dla siebie. Jeśli chciałam się czegokolwiek dowiedzieć, musiałam uzbroić się w cierpliwość i mieć nadzieję, że sami postanowią mi o wszystkim opowiedzieć.

Woda zawrzała, a ja w międzyczasie przygotowałam dwa kubeczki, do których nasypałam herbaty – moja kawa jeszcze nie zdążyła ostygnąć, więc w ich towarzystwie postanowiłam dopić ją do końca. Usłyszałam jęk starej kanapy – był to znak, że chłopcy zasiedli w salonie.

Podałam napoje na tacy i wspólnie zasiedliśmy do stołu. Po kilku minutach rozmowy o niczym nie wytrzymałam.

– Dowiem się w końcu, o czym tak spiskowaliście przed domem? – zapytałam i, nie spuszczając z nich wzroku, upiłam łyk kawy.

Spojrzeli po sobie porozumiewawczo.

– Możesz jaśniej? – odpowiedział Damian, marszcząc czoło.

– Odkąd wróciliście, zachowujecie się bardzo dziwnie. Coś ukrywacie.

– Przed tobą, mamo? – wtrącił Patryk. – Przecież ty i tak znasz nas lepiej niż my sami. Nie zdołalibyśmy nic przed tobą zataić.

– Właśnie o tym mówię. Widzę, że coś się dzieje, ale nie potrafię was rozgryźć.

Ich twarze posępniały w tej samej chwili. Patrzyliśmy na siebie przez kilkanaście sekund w zacieśniającej się ciszy. Byli zdenerwowani. Ja sama także zaczęłam się denerwować. Ukrywali coś przede mną, postanowiłam więc zagrać w otwarte karty.

– Samochód został na miejscu, tak?

– Tak – odpowiedzieli jednocześnie.

– A jechaliście z nim do Adama, do wsi, tak?

– Zgadza się – odparł Patryk, a Damian skinął głową.

– Wróciliście piechotą, to też się zgadza?

I na to pytanie odpowiedzieli twierdząco.

– Jak więc u licha udało wam się dostać do domu w tak krótkim czasie? – wypaliłam ostro, licząc, że w końcu otrzymam sensowną odpowiedź.

– Normalnie – odpowiedzieli i wzruszyli ramionami.

– Boże – westchnęłam i złapałam się za głowę. – Nie dogadamy się dziś.

Musiałam sobie darować dalsze śledztwo. W porównaniu z tym serialowym, marny był ze mnie detektyw. Rozłożyłam ręce w kapitulacji, na co jednogłośnie oświadczyli, że naniosą drewna do piwnicy. Nie protestowałam, nie miałam już siły. Choć dopiero po chwili pojęłam, że przecież już dziś nanieśli tyle opału, iż miało go starczyć na kilka następnych dni. Machnęłam na to ręką i rozciągnęłam się w fotelu – musiałam uspokoić nerwy.

Jakieś trzy godziny później zapytałam Patryka, o której zamierzają wrócić. Zmierzył mnie pytającym wzrokiem.

– Wrócić?

– Z tańców – dopowiedziałam.

– Aaa… – odparł, a po chwili dodał coś, co niemal zwaliło mnie z nóg. – Dziś nie idziemy. Mamy jutro dużo roboty i chcemy zacząć z samego rana.

Kiedy to powiedział, odwrócił się i wyszedł na podwórze, zostawiając mnie bardziej skołowaną niż zaskoczoną. To wszystko było do nich nie podobne.

Podejrzeń do sprawy, którą przede mną ukrywali, nabrałam dopiero we wtorek, kiedy po raz pierwszy odwiedził mnie milicjant przybyły do nas aż z miasta.

 

#NA MARGINESIE

Jeśli powyższy fragment zainteresował Państwa na tyle, że chcielibyście poznać, co też przytrafiło się Damianowi, Patrykowi i ich mamie, wtedy odsyłam do uzupełnienia biblioteczki o książkę, w której owy tekst znalazł swoje miejsce. Mowa oczywiście o zbiorze opowiadań „Krwawnik 2”, która we wrześniu 2016 roku ukazała się na rynku nakładem Wydawnictwa Kostnica.

Książkę można nabyć między innymi pod tym adresem: http://kostnica.com.pl/?p=305

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.

Facebook

Archiwalne wpisy